Leżymy sobie na kocyku w głębi ogrodu u mojego lubego, wokół drzewa i krzewy, ciepło, słoneczko, odpoczywamy, nie ma za bardzo co robić, to ochota nam przyszła na jakieś bara-bara. Myślimy - w domu na pewno nie będzie jak, ciągle ktoś chodzi, ludzi dużo, innego miejsca nie mamy, więc raz się żyje! Jeszcze się przesunęliśmy z kocykiem, żeby się bardziej schować za krzakami jakimiś i do dzieła! Ledwo skończyliśmy i leżymy jeszcze na sobie dysząc i nagle jakoś mój wzrok skierował się w kierunku, gdzie stał dom - i nie wiem jak to się stało, bo przecież się tak ustawialiśmy, żeby nie było nas widać, a tu akurat luka i widzę jak w oknie stoi i patrzy na nas ojciec mojego lubego. Do tej pory nie wiemy, ile tam stał i ile widział, ale czy tak czy siak widział. A potem jakoś i my i on unikaliśmy bezpośredniej rozmowy, tak nam głupio było.






